Jak pewnie większość zdążyła zauważyć, w Polsce panują pewne prawa pozornie działające na korzyść rynku. Na przykład, żeby produkować ser muszę mieć odpowiednie zezwolenia/zaświadczenia, że mam czysto w chałupie, muszę przyjmować różne wizyty kontrolne itp. Niby wszystko OK. Po prostu rząd dba o to, żebym nikogo nie otruł i nie oszukał. Ale...
Zakładając, że jestem uczciwym przedsiębiorcą, a klienci są zadowoleni z moich produktów, a ja cały czas dbam o te ważne papiery i kontrole, to zarazem jestem w stanie permanentnego udowadniania swojej niewinności na własny koszt. Jeśli nasz socjalistyczny rząd chce równości, to ja, jako producent sera chce stałą pensje za ponoszone koszty udowadniania niewinności jako niewinny. W innym wypadku powstaje sytuacja, gdzie:
a) jako serowy truciciel jestem sądzony i karany,
b) jako uczciwy wytwórca sera jestem karany kosztami za potencjalną nieuczciwość.
Jak podobna sprawa mogła wyglądać setki lat temu? Załóżmy podobne, dwie wersje:
a) jako serowy truciciel, truje jednego, góra kilku klientów i tracę szanse na następnych klientów, tracę dobrą reputację, oraz prawdopodobnie muszę przeprowadzić się w jakieś inne, odległe miejsce, mogę też dostać w dekiel.
b) jako uczciwy wytwórca sera zdobywam dzięki jednemu klientowi paru kolejnych, biznes się kręci w miarę jakości i ceny moich wyrobów, nie płacę nikomu za to, że mi dobrze idzie.
Sprawa sprzed kilkuset lat to wolny rynek, ewentualnie jakieś osiedle ludzkie gdzie ewentualna, socjalistyczna władza nie jest w stanie trzymać łapy na wymianie towarów.
Koniec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz